„Goły człowiek na gołej ziemi”, czyli wojna oczami zwykłych ludzi

Pomijana, wypierana, a przez to nieznana – nie jest łatwo pisać o takiej prawdzie, zwłaszcza jeśli nawiązuje ona do historii Rosji. A jednak Swietłana Aleksijewicz, białoruska reportażystka i pisarka, od lat podejmuje się tego wyzwania, biorąc na siebie odpowiedzialność dotarcia do sedna zjawisk.


 Bez osądzania i bez patetyzmu, za to z empatią i wyczuciem, pokazuje przełomowe zdarzenia widziane oczami zwykłych ludzi. Bo jak sama mówi, najważniejszy jest dla niej człowiek. W ostatnim czasie Swietłana Aleksijewicz zaszczyciła Poznań swoją obecnością, będąc gościem „Zamku Reporterów”, comiesięcznego cyklu spotkań z wybitnymi reporterami, odbywającego się w CK Zamek.

Barbarzyństwo wciąż istnieje

- Mamy XXI wiek, a barbarzyństwo wciąż jest w tym świecie obecne. Przyznaję, że nie mam już siły pisać o wojnie, o tych wszystkich tragediach. Kiedyś byłam w stanie na to patrzeć, mierzyć się z tym, ale przez te wszystkie lata widziałam tyle trupów, tyle zranionych ludzi i cierpienia, że nie jestem już w stanie przyjąć więcej. Dzisiaj coraz częściej zdarza mi się płakać. Zrozumiałam, że wszystko to, co mogłam powiedziałam o wojnie, już powiedziałam – to jedna z pierwszych refleksji, którą Aleksijewicz podzieliła się z licznie przybyłą do Zamku publicznością.

Warto przypomnieć, że to właśnie za jej sprawą świat mógł zobaczyć wojnę z perspektywy kobiet i dzieci, codzienne życie po upadku komunizmu, czy kulisy radzieckiej interwencji w Afganistanie. To również dzięki niej usłyszeliśmy głosy ludzi, którzy od dawna nie powinni żyć, bo katastrofa w Czarnobylu była przecież końcem świata.

Pisałam o ludziach, których kocham

- Często czytam o sobie, że jestem kolekcjonerką katastrof. Nie jest tak. To jest tylko pewien punkt widzenia. Moją inspiracją, tym, o czym piszę jest, jak mówiła Achmatowa, goły człowiek na gołej ziemi. Tylko jak opowiedzieć o tych koszmarach tak, żeby człowiek to wytrzymał, żeby nie chciał uciekać i bronić się przed poznaniem? Myślę, że to właśnie z tego powodu czasem wyłączamy nasze telewizory. Do tej pory nie wiem jak przedstawić to w literacki sposób, ale wiem za to, że pisałam o ludziach, których kocham – mówi reporterka i podsumowuje swoją wypowiedź słowami Nietzschego, które chyba każdemu dają do myślenia - Jeśli my patrzymy w otchłań, to i otchłań patrzy w nas. Nie możemy udawać, że tego nie ma.

Dotarcie do sedna wymaga czasu

O zaangażowaniu Swietłany Aleksijewicz i jej poświęceniu pracy najlepiej świadczy fakt, iż swoje książki pisała po kilka, a nawet kilkanaście lat i nie przestała nawet wobec oskarżeń i niezadowolenia władz rosyjskich. Trzeba mieć w sobie wiele odwagi, aby podważyć największe radzieckie świętości i odkryć przed światem fakty, których nie sposób znaleźć w szkolnych podręcznikach do historii. - „Czarnobylską modlitwę” pisałam około jedenastu lat, podobnie „Czasy second-hand-u”. Cóż, tak naprawdę każdą z tych książek mogłabym napisać w rok, ale wtedy byłyby to pozycje jakich wiele, zwykła literatura faktu. Ja chciałam czegoś więcej, pragnęłam dotrzeć do sedna, do prawdziwej głębi, a na to potrzeba przecież dużo więcej czasu.

O miłości mówi się jeszcze trudniej niż o wojnie

Tematyką, na której pisarka chciałaby się skupić w swoich przyszłych książkach jest miłość, śmierć i starość. W zasadzie już jej ostatnia książka miała być właśnie o miłości, a okazuje się, że jest o Związku Radzieckim. Zapytano więc, czy o tak metafizycznych kwestiach da się w ogóle napisać bez kontekstu historycznego - Człowiek zawsze jest osadzony w jakimś czasie, w jakieś historii. I owszem, w miłości jest taki moment, kiedy ludziom wydaje się, że są ponad wszystkim, nawet ponad czasem, ale to trwa tylko chwilę, a potem przychodzi przebudzenie, świadomość czasu. Obecnie szukam odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego nie potrafimy być szczęśliwi i dlaczego się o tym nie mówi. Odkryłam, że nie ma prawdziwych książek o szczęściu, ani o miłości. O wojnie jakoś można było mówić, choć było to bardzo trudne, ale o sprawach metafizycznych jest chyba jeszcze trudniej. Miłość, zwłaszcza w kulturze rosyjskiej, przedstawia się dzisiaj bardzo skrajnie – są albo gwiazdy albo wulgaryzmy. Nie ma nic po środku.

Uczestniczka wszechświata

Aleksijewicz mówi o sobie, że choć jest reporterką, to nie lubi fotografować, bo to co zewnętrzne nie do końca oddaje prawdę o człowieku. - No bo co to jest te 200 zdjęć, które moja córka przywozi z wakacji? Pytam jej: oglądasz to? Ona odpowiada, że nie. No więc po co? Ja kolekcjonuję uczucia i doświadczenia. Pamiętam na przykład kilka sekund we Florencji, kiedy piłam w kawiarni kawę, a na sąsiednie ściany padały pojedyncze promienie słońca. W tamtej chwili bardzo mocno poczułam, że jestem uczestniczką wszechświata. W Rosji mówi się, że przed śmiercią nie będziesz pamiętał zdjęć, które zrobiłeś, ale to co czułeś, co widziałeś i co przeżyłeś.

null

Joanna Oprawa-Karwat